Mieliście kiedyś taki moment w dyskusji, że patrzyliście w oczy rozmówcy i już widzieliście ten drobny błysk mówiący „co ty w ogóle możesz wiedzieć”? Ja niestety miałam ich całkiem sporo i wtedy właściwie dyskusję można zakończyć, bo w podtekście leży „ja Wiem” – przez ogromne i totalnie niegramatyczne wu. Tym razem będzie więc z dużych liter, o wiedzy, poznaniu i wielkiej trójcy na pe, czyli o Prawdzie, Pysze i Pokorze.
Zacznijmy więc od początku.
Prawda. Cel ostateczny każdej kultury, cywilizacji, nauki, religii – wszystkiego. Święty Graal każdej myśli… a jednocześnie największa pułapka, w jaką można wpaść. Wizja dostąpienia tego przywileju wyłącza wszystkie mechanizmy obronne – zaślepia, ogłusza, mami i kradnie rozum. Każdy moment typu „eureka!” ma pewną szansę zmienić poszukiwacza w zaślepionego fanatyka. Bo w końcu delikwent „doświadczył” czegoś, „dotknął” nieznanego i odurzył się tym uczuciem jak winem w bachanalia. Problem w tym, że odurzenie winem przechodzi, a kac uprzejmie przypomina, że był to ulotny moment euforii, a nie przestąpienie bram raju. Myśl ludzka jednak nie stworzyła jeszcze takiego kaca dla mistyków czy innych w dowolny sposób przeświadczonych o swej racji wyznawców różnych idei. Błogość odkrycia czegoś, co wydaje się odpowiadać na nasze pytania jest na tyle obezwładniająca, że nie mija jak usuwane z organizmu toksyny. Przeciwnie, ona umacnia się z czasem i karmi ego wrażeniem wyjątkowości i spełnienia. Tak rodzi się pycha.
Pycha to mój ulubiony grzech, powiedział diabeł, czyli Al Pacino. Zaiste, jest on też moim ulubionym grzechem przeciwko rozumowi, przeciwko postępowi, przeciwko wszystkiemu, co pcha nas naprzód. Pycha karmi umysł rajem odczucia wiecznego poznania. Pycha dała życie wierze, która miała zastąpić niepewność. W ten sposób pycha podstępem przebrała się w szatki cnoty. Pod nowym imieniem występowała jako światło pewności pośród mroków błądzenia po omacku, ostateczne narzędzie wtłoczenia świata w zrozumiałe ramy, w poczucie sensu i odpowiedzi. Pominęła zgrabnie milczeniem, że wciąż jest starą, znaną wszystkim przywarą, zwykłą uzurpatorką prawdy, której ledwie liznęła.
Pokora natomiast to nemezis pychy, ale traktowana mocno po macoszemu. Wśród pogan kojarzy się źle, bo brzmi chrześcijańsko, przywołuje na myśl polerowanie kamiennych podłóg kościołów kolanami i całowanie pierścieni. Całkiem niesłusznie, bo chrześcijanie przy całym swym czołobitnym image’u są absolutnie niepokorni. Są w końcu dogłębnie przekonani, iż są wybrańcami swego boga, który był na tyle uprzejmy, iż dał im dokładne instrukcje jak wygląda świat, boskość, moralność. Są też przy okazji absolutnie pewni, że nie jest możliwe, że praktyczny założyciel ich religii Paweł z Tarsu (zwany świętym) miał po prostu udar słoneczny po drodze do Damaszku. Bo chrześcijańska pokora jest tak naprawdę bardzo wybiórcza i odnosi się tylko do stosunku człowiek-IHWH ale bynajmniej nie aplikuje się już do krytycznego spojrzenia na sedno swojej wiary czy własne postrzeganie. Prawdziwa pokora jednak to coś trochę innego – świadomość swoich ograniczeń, również intelektualnych. To taka najgłębsza aplikacja stwierdzenia „wiem, że nic nie wiem”, nie pozwalająca żadnej idei na komfort pewności.
Pycha wiary była dokładnie tym, co najwcześniej odrzuciło mnie od chrześcijaństwa, lecz niestety nie tylko chrześcijanie są nią zakażeni. Obracając się najpierw w środowiskach racjonalistycznych jak i później w pogańskich widzę, że jednak przede wszystkim cecha natury ludzkiej, która wypełznie wszędzie. Niestety w czarownictwie jest jak w nauce – bez pokory cały sens dotykania nieznanego jest stracony. Co to bowiem za nieznane, które zostało zdefiniowane w każdym calu? Czy naprawdę myślicie, że siedząc kilka godzin w niewygodnej pozycji bądź w monotonnym transie po prostu odkryjecie tajemnicę istnienia? Na każdy jeden drobny przydatny element układanki zwanej nauką pracowano pokoleniami, a mistycy mają tendencję do produkowania taśmowo ton kompletnych teorii i każdy za swoją dałby się pokroić. Dopiero historia z czasem ocenia, czyje ideały naprawdę coś wniosły i sprawdziły się w konfrontacji z rzeczywistością.
Pewien całkiem niegłupi filozof napisał kiedyś, że zwykły spacer po wariatkowie dowodzi, iż sama wiara niczego nie udowadnia i ja się z tym absolutnie zgadzam. Poganie i czarownice mają co prawda wtedy odpowiedź, że oni nie „wierzą”, ale „doświadczają”, ale doświadczenie ma to do siebie, że nie przekłada się automatycznie na wiedzę. Sklejenie tych dwóch rzeczy w jedno jest niesamowicie niebezpieczne, gdyż wpadamy w pułapki odruchowych interpretacji. Polecam dowolne złudzenie optyczne jako najprostszy przykład. Doświadczenie to tylko zanotowany fakt, który może mieć mnóstwo przyczyn i tak samo jak wszystko musi podlegać racjonalnej analizie. Inaczej nie różni się niczym od wiary, a ta efektywnie odcina nas od poznawania rzeczy nowych, lokując w wygodnie zdefiniowanej przestrzeni.
Coś za coś – pewność albo rozwój, niewinność albo wiedza. Zajmując się czarownictwem łatwo zaczarować się do stopnia zamknięcia się w swoim małym mistycznym światku, który jednak nijak będzie się miał do świata innych ludzi. Czy jednak wtedy wciąż się jest czarownicą czy może samemu zaklęło się w żabę?

Pingback: ladies leather briefcase
Pingback: official site
Pingback: thumbnail