Z racji, że aktualnie na topie są skróty czteroliterowe walczące z piractwem (SOPA, PIPA, ACTA), to jako osoba żywo zainteresowana sprawą własności intelektualnej, postanowiłam dorzucić swoje 4 grosze.
Tak naprawdę sprawa „walki z piractwem” zaczyna się z pewnymi absolutnie błędnymi założeniami, stawiającymi ludzi darmowo dzielącymi się treściami w tej samej semantycznej pozycji co ludzi porywających statki. Oczywiście od razu zostanie mi zarzucona erystyka i nieznajomość przenośni, ale dobre przenośnie mają to do siebie, że są dokładne. Pirat to osoba, która coś sobie przywłaszcza, zostawiając dotychczasowego właściciela bez życia lub środków do życia, żeby potem to bezmyślnie zniszczyć głupim użytkiem – takie jest znaczenie tej konkretnej alegorii. Jak to się ma do ściągania/udostępniania plików..? Otóż nijak. Samo udostępnienie treści nie powoduje straty, oryginał nie znika w tajemniczych okolicznościach. Powoduje w najgorszym razie brak zysku, choć, co najważniejsze, absolutnie nie da się przewidzieć, czy ten zysk by w ogóle wystąpił.
Czy oby jednak na pewno? Branża produktów artystycznych, w przeciwieństwie do, na przykład, branży spożywczej, jest branżą bez możliwości próby. Próba jest jednocześnie pełną konsumpcją dzieła. Jeżeli kupuję majonez, to płacę za niego kilka złotych i wiem, że następnym razem kupię taki sam. Co więcej, mogę go spróbować u spacerującej pani z koreczkami – będzie to 100% testu, nic na wiarę. Będę mieć absolutną pewność, że Kielecki znaczy dobry, bo jego smak poznam, zanim wydam na niego większe pieniądze (np. kupując kilka sztuk).
W przypadku dóbr medialnych jest inaczej – musisz wydać kilkadziesiąt złotych na produkt, którego nie da się przetestować. Trailer w stosunku do filmu ma się tak, jak zdjęcie majonezu do jego smaku. Prowokuje tylko jakieś wyobrażenie na jego temat, ale mające się nijak do całości wrażeń. Tak naprawdę, aby przetestować film, książkę czy grę trzeba je obejrzeć czy przeczytać. Dlatego, paradoksalnie, łatwiej wydać pieniądze po „konsumpcji” produktu niż przed. To jest coś, czego „obrońcy” twórców absolutnie nie rozumieją. Nie rozumieją, że dzięki „piractwu” mają taką reklamę, na jaką absolutnie nigdy nie mogliby liczyć, gdyby jej nie było. Paradoksalnie dane pokazują, że ludzie, którzy piratują najwięcej, jednocześnie najwięcej wydają na przemysł kulturalny. Dlaczego? Bo chcą wydać, ale chcą wydać mądrze. Chcą poprzeć tych twórców, którzy są tego warci i chcą mieć na swojej półce coś, co będzie ją zdobić, a nie szpecić i powodować problem utylizacji. W świecie transferu cyfrowego można najpierw wyrobić sobie zdanie, więc ludzie, w niezmierzonej zalewie różnych możliwości, wypracowują najskuteczniejsze techniki szukania treści najbardziej odpowiedniej dla nich.
Przypomina mi to trochę stary dowcip z polskim i czeskim sprzedawcą butów. Polak pojechał do Afryki, patrzy… i wraca niepyszny. Zapytany o powód odpowiada smętnie – „tam wszyscy bez butów chodzą…”. Niedługo po nim jedzie jego czeski konkurent i wraca z bananem na twarzy z dokładnie takim samym wyjaśnieniem - ”tam wszyscy bez butów chodzą!”
Z „piractwem” jest dokładnie tak samo. Strach przed nim jest strachem przed konfrontacją z prawdziwą chęcią ludzi do zapłaty, wynikającą z autentycznego podziwu a nie tylko dobrej reklamy. Aktualnie branża przemysłowa zarabia na tym, że nakręca chęć trailerami i zapowiedziami, aby człowiek kupił, ale jak już kupi, to jego opinia jest mało ważna. Ma tylko nie zepsuć chęci innym (chociaż jak tak dalej pójdzie, to napisanie katastrofalnej recenzji może się wiązać z pozwem ze strony „urażonego” producenta). Zezwolenie na darmowy obrót sprawia, że to produkt musi być dobry, a nie jego zapowiedź. Człowiek, obejrzawszy taki film, ma być zachwycony i ma pragnąć mieć zajebiste pudełko z figurką, które postawi na honorowym miejscu i ze trzy plakaty. Tak naprawdę gdzieś po drodze ktoś zapomniał, że samo dzieło to nie jest produkt, ale reklama produktów pochodnych – pudełka, plakatu, miejsca w kinie, nośnika, itp. Człowiek, który jest naprawdę zachwycony, kupi piękną serię książek po tym, jak ją przeczytał w bibliotece. Po to, aby mieć. Ale to jest absolutnie nie w smak tym, co produkują masówkę, za którą nikt by nie zapłacił, gdyby autentycznie wiedział, za co płaci. Najbardziej typowym przykładem jest lansowanie jednego utworu, aby sprzedać płytę, która zawiera jedną słuchalną piosenkę i cała reszta zapychaczy.
Tak naprawdę jedyną rzeczą, w której autorzy potrzebują ochrony od organów ścigania, to przypadki, w których ich treść się podoba, przydaje i generuje zarobek, ale ten zarobek do nich nie trafia. To zakłada oczywiście używanie nielegalnych programów do produkcji komercyjnych, sprzedawanie nośników z dziełem bez licencji, itp. Tutaj rzeczywiście potrzeba rozwiązań prawnych, gdyż zysk nie zostałby wygenerowany bez powstania dzieła. Czy jednak tym zajmują się te wszystkie czteroliterowe skróty? Oczywiście, że nie, bo prawne rozwiązania tego już są i takich przypadków nie jest tak dużo, aby nie mógł się zająć nimi zwykły sąd. Czteroliterowe akty „ochrony praw autorskich” zajmują się tylko uchronieniem autorów przed cyfrowym rozpowszechnianiem ich dzieł. Tym najbardziej niegroźnym, bo zapewniającym darmową reklamę tym, co mają naprawdę coś fajnego do przekazania.
Jako więc autorka tego i owego, osoba, która teoretycznie ma być „chroniona” mówię jasne i stanowcze NIE. Rozwój kultury jest powiązany z szybkością przekazu informacji i, tym samym, jej segregacji. To, co jest robione, to tylko ochrona popularnej informacji, ale popularne wcale nie oznacza dobre. Konfrontacja z rzeczywistością boli, ale jest konieczna, jeżeli mamy autentycznie się rozwijać, a nie tylko utrzymywać wygodne ciepłym posadkom w zarządzie status quo.
