Na Facebooku, jak wiadomo, pojawiają się mody. Jako modę definiuję chwilowy zryw społeczny w jakiejś sprawie, która wszystkich porusza, ale na którą nikt nie ma sensowniejszego pomysłu działania aniżeli kliknąć „Udostępnij” czy „Wezmę udział”.
Czasami jest to dobre, bo powoduje rzeczywiste ruszenie się społeczeństwa w sprawie, w której autentycznie może coś zrobić - np. zademonstrowanie weta w sprawie pochówku wawelskiego, krzyża pod Pałacem Prezydenckim czy spopularyzowanie jakiejś akcji społecznej, która inaczej nie miałaby szans dotrzeć do masowej świadomości. Czasami jednakże z pozytywnej promocji przechodzi nieuchwytną granicę dobrego smaku i zamienia się w terroryzowanie danym zjawiskiem bez perspektyw na realne załatwienie problemu. Po obejrzeniu iluś zdjęć bardzo nieprzyjemnie potraktowanych psów i kotów stwierdzam, że właśnie ta granica została w tym przypadku mocno naruszona.
Rozumiem cel tej akcji, naprawdę. Bardzo szanuję ludzi, którzy autentycznie angażują się w pomoc takim zwierzętom, karmią je i leczą. Uważam też, że wszelkie organizacje społeczne mają dużo pola do działania, aby spróbować wymyślić bardziej systemowe metody na poprawę życia czworonogów. Wszystko to jednak z pewnym drobnym suplementem – szanujmy ludzi, którzy tematem się, z dowolnego powodu, po prostu nie zajmują, nie każdy jest społecznikiem. Na świecie dzieje się codziennie naprawdę mnóstwo nieszczęścia, ale nie jest to powodem, aby wszystkim swoim znajomym ciągle podsuwać pod nos zdjęcia urwanych kończyn, gnijących zwłok czy innych materiałów rodem z prosektorium.
Ja osobiście nie cierpię jakoś strasznie z tego powodu. Mam w miarę wytrzymały żołądek, zaprawiony na setkach filmów dokumentalnych, mogłabym więc taktownie zmilczeć całą sprawę. Jednak z racji sensu całej akcji nie zmilczę właśnie po to, aby powiedzieć, że szanowni chcący dobrze klikacze różnych akcji wg mnie de facto osłabiają społeczną wrażliwość zamiast ją pogłębić. Załóżmy nawet, że wszystkie akcje i petycje się udadzą – sprawcy zostaną przykładnie ukarani, a ustawodawca zwiększy limit lat, w których będą żyć z pieniędzy podatnika (swoją drogą tych samych pieniędzy, które mogłyby pójść na poprawę losu innych zwierząt). I co? Czy to zanalizowało przyczyny z jakich to zrobili i pomoże na przyszłość zapobiec takim wydarzeniom?
Od dziesiątek lat społeczeństwo dyszy żądzą zemsty słysząc o okrutnych wydarzeniach, czy chodzi o zwierzęta czy o ludzi. Od dziesiątek lat również badania pokazują, że nie ilość lat spędzona za kratkami jest głównym straszakiem, ale jej nieuchronność i nieopłacalność. Może zamiast podpisywać petycje o nieznanych zwierzętach zamordowanych w nieznanych okolicznościach warto poświęcić ten czas na rozejrzenie się po swoim podwórku i sprawdzić, czy wszystko jest tam ok. To, co się stało z tym biednym huskim czy spaloną kotką już się nie odstanie – ale mnóstwo innych zdarzeń może się nie stać i to bez zbędnej pompy czy petycji na cały kraj. Ot, po prostu, ze zwykłego zainteresowania sąsiedzkiego czy kilku telefonów do właściwych instytucji.
A to, że nasz wymiar sprawiedliwości działa strasznie to insza inszość i łatanie tego żądaniami o wyższe kary jest dla mnie tylko gaszeniem pożaru benzyną i retoryką rodem z „Faktu”. Nie dość, że na utrzymanie tych skazańców pójdzie kupa kasy, to z więzienia wyjdą pewnie kilka razy gorsi niż tam weszli. Zamykanie ludzi ma wtedy sens, jeżeli nie sądzimy, że da się ich pogorszyć i że trzeba ich tylko odizolować na kilka lat – złodziei, bandytów, gwałcicieli, morderców. Nie jest to jednak środek ani tani ani skuteczny resocjalizacyjnie, więc jeżeli się da go uniknąć, to wg mnie należy próbować. Jeżeli ktoś męczy zwierzęta dla zysku, to może skuteczniej byłoby przywalić mu taką grzywnę, aby zlicytowało go do majtek? Nie dość, że będzie kasa dla innych zwierzaków, to jeszcze nie trzeba będzie go utrzymywać. A jeżeli mamy do czynienia z klasycznym zabójstwem dla przyjemności, to może powinien się zainteresować tym lekarz psychiatra zanim wrzuci się kolesia w środowisko, które nauczy go jak to robić lepiej, efektywniej i może na ludziach? Nie wiem, nie jestem psychologiem i mam wrażenie, że nie wie tego również większość sygnatariuszy takich petycji. Po prostu podpisują, żeby wyrazić swój sprzeciw przeciwko takim akcjom, nie zastanawiając się nad faktycznymi, prawnymi ich konsekwencjami.
Wszystko ma swoje dwie strony medalu, szczególnie w naszym szanownym państwie znanym z akcji tak popisowych jak „pod publiczkę” i bez głębszej analizy skutków. Pewne rzeczy po prostu nie są do rozwiązania metodą pospolitego ruszenia, bo z szlachetnego celu zmieniają się w lincz dla przykładu, a problem jak leżał tak leży. A większość ludzi, zniesmaczona sposobem przekazu, w ogóle się od tego odwróci, bo nie będzie chciała mieć nic wspólnego z takim stylem załatwiania spraw. Moda minie i o zwierzątkach się zapomni na korzyść kolejnej nowej wątroby dla Darfuru czy budowania studni głębinowej dla Tomka (albo na odwrót, nie pamiętam
). A kolejne męty dalej męczyć będą psy i koty, bo w więzieniach się nie zmieszczą, w końcu od dawna mamy przepełnienie :/
