Jako liberał nie lubię zakazów, nie bardziej niż jest to absolutnie wymagane. Zwykle stoję po stronie legalizacji tego czy tamtego i nie lubię, jak państwo za bardzo się wcina w decyzje gospodarcze.
Są jednak takie miejsca, w których pełny liberalizm się nie sprawdza, a właściwie ze swojej własnej natury rzeczy ustępuje regulacjom w myśl zasady, że wolność jednego kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego – a ciężko jest pogodzić setki tysięcy wolności osobistych zupełnie różnych ludzi współżyjących ma bardzo małym obszarze. Do takich miejsc należą zasady ruchu drogowego, urbanistyka i generalne zagospodarowanie przestrzeni publicznej. To, co ma służyć takiej chmarze ludzi na codzień musi być przede wszystkim wygodne i nieinwazyjne, a dopiero potem może być jakiekolwiek inne.
Jest też coś takiego jak własność prywatna funkcjonująca na zasadzie przestrzeni publicznej. jest to taki twór pozwalający właścicielom zarabiać na swojej własności, chroniący jednak konsumenta przed możliwymi pułapkami, jakie mogą go czekać. Na przykład jeżeli restaurator sprzedaje Ci piwo, to musi udostępnić darmową ubikację albo jeżeli sklep jest otwarty dla wszystkich, to nie można dowolnej osoby oskarżyć o naruszanie własności dlatego, że właścicielowi nie spodobała się fryzura. Są to różne ograniczenia mające na celu zapewnienia komfortu klienta, od którego trudno oczekiwać, że przy wejściu do knajpy będzie sprawdzał, czy pod wycieraczką jest ukryty wilczy dół (hej, własność prywatna ];> ).
Tego typu regulacji w naszym prawie jest mnóstwo, począwszy od tych bardziej potrzebnych na tych zupełnie niepotrzebnych skończywszy. Przez długie lata nie było jednak podstawowej regulacji – prawa do czystego powietrza. Wchodząc do lokalu otwartego, bez konieczności podpisania długiego dokumentu oświadczającego, że zgadzam się, że w środku zapoznam się bliżej z każdym eksponatem z muzeum tortur, spodziewam się, iż będzie on dla mnie bezpieczny. Spodziewam się więc, iż do klimatyzacji nie jest podpięta rura ze spalinami, spodziewam się, że w wodzie mineralnej nie jest rozpuszczony kret, a sałatka grecka nie jest posypana świeżo zerwaną cykutą. Co więcej, spodziewam się, że takich potraw nie ma w menu i że nie można na nie się natknąć przez przypadek, w poszukiwaniu egzotycznego drinka o dziwacznej nazwie.
Zezwolenie na palenie de facto jest zezwoleniem na emisję trującej substancji, to jest fakt. Jak najbardziej uważam, iż powinny być miejsca, w których ludzie mogliby się legalnie truć, jeżeli taka jest ich wola. Jednakże absolutnie nie uważam, aby miejsca do legalnego trucia mniejszości (dowolną substancją) miały wyprzeć lokale skierowane do całego przekroju społeczeństwa, do których można wejść z ulicy (również niepełnoletni), bez podpisywania papierka o zgodzie na bycie trutym.
Palacze moi liberalni i drodzy, jeżeli tak walczycie o wolność, to rozumiem, iż jeżeli zatrujecie się dowolnym legalnym świństwem w knajpie, to nie będziecie wnosić skarg? Dla ułatwienia życia zawsze można dołożyć tabliczkę informującą o wymiarach 10x20cm ];> Uznacie też, że jest absolutnie fair i w zgodzie z zasadami wolnego rynku, jeżeli takich trujących dla Was knajp będzie tak z 75%?
Wolność do trucia się nie zakłada wolności do trucia się w przestrzeni publicznej, gdzie łatwo inni mogą być narażeni na czynnik trujący. Wolność do picia alkoholu nie zakłada wolności do rzygania na podłogę w knajpie. Z mniej trującej beczki – wolność do seksu nie zakłada wolności do seksu na stole w restauracji. Pewne czynności z natury mają konsekwencje dla otoczenia i nawet, jeżeli są legalne, to nie są legalne wszędzie.
Ubolewam, że ten zakaz jest potrzebny (gdyby ludzie byli kulturalni, to by nie był, bo pewne rzeczy byłyby oczywiste), ale niestety jednak jest. Mam nadzieję, że będzie sprzyjać tworzeniu miejsc, w których palenie tytoniu będzie uprawiane w sposób cywilizowany, bez angażowania osób postronnych.
