Grosik na legendę

Kategorie: Publicystyka — Aili Mirage @ 17:45
Kwiecień 9, 2012

Tym razem będzie dość mocno subiektywna i nachalna reklama wspomagana moim sentymentem z dzieciństwa.

Niewielu mam idoli w życiu, takich naprawdę prawdziwych, którzy powodują mój pisk i rozświetlone oczka, ale pośród nich znajduje się kobieta, która ukształtowała moje pojęcie porządnej, niegłupiej rozrywki. Jane Jensen, matka ciężkiej przygodówki z jej niesfornym synalkiem Gabrielem i młodziutką córeczką Sam, która ukradła mi wiele godzin mojego nastoletniego życia, aż w końcu niedawno wygoniła na wycieczkę po Oxfordzie, jest właśnie jedną z nich. Ta urocza pani po pięćdziesiątce mieszkająca w wiejskim domku potrafiła dosłownie zaczarować całe pokolenie graczy, niestety jednak zmiana trendów w ogólnoświatowym rynku spowodowała wyciągnięcie finansowej wtyczki z projektów spod flagi „adventure”. Korporynek zeżarł gatunek i nawet się nie oblizał, zostawiając jedynie mały margines dla pojedynczych niskobudżetowych produkcji. No cóż, uznał, że nie ma rynku i  ze adventure się skończył i kupują je tylko pojedynczy troglodyci, co się jeszcze ostali.

Ale, nagle oto powstał dziwny nowy system kickstarterem zwany. Takie śmieszne coś, w którym najpierw się płaci na jakiś projekt, a potem, jeżeli uzbiera się zamierzona suma, autor przystępuje do dzieła. Brzmi jak jakiś totalny absurd, kto by chciał płacić za coś, czego jeszcze nie ma? Otóż jednak ten rynek, którego ponoć nie ma, okazał się zdolny uzbierać >3 mln $$$ na przygodówkę z oczekiwanych 400 tysięcy („Double Fine Adventure”)… Tak więc, jak ktoś kocha przygodówkowy oldschool, to zapraszam, żeby wrzucił parę zielonych na wsparcie sprawy i przywrócenie legend w stylu Jane Jensen do pierwszej ligi ;)

Tak więc… może grosik na legendę?
PS. A może też lubicie Larrego? ;)

O prawach autorskich i statków porywaniu.

Kategorie: Krytyka,Publicystyka — Aili Mirage @ 20:24
Styczeń 20, 2012

Z racji, że aktualnie na topie są skróty czteroliterowe walczące z piractwem (SOPA, PIPA, ACTA), to jako osoba żywo zainteresowana sprawą własności intelektualnej, postanowiłam dorzucić swoje 4 grosze.

Tak naprawdę sprawa „walki z piractwem” zaczyna się z pewnymi absolutnie błędnymi założeniami, stawiającymi ludzi darmowo dzielącymi się treściami w tej samej semantycznej pozycji co ludzi porywających statki. Oczywiście od razu zostanie mi zarzucona erystyka i nieznajomość przenośni, ale dobre przenośnie mają to do siebie, że są dokładne. Pirat to osoba, która coś sobie przywłaszcza, zostawiając dotychczasowego właściciela bez życia lub środków do życia, żeby potem to bezmyślnie zniszczyć głupim użytkiem – takie jest znaczenie tej konkretnej alegorii. Jak to się ma do ściągania/udostępniania plików..? Otóż nijak. Samo udostępnienie treści nie powoduje straty, oryginał nie znika w tajemniczych okolicznościach. Powoduje w najgorszym razie brak zysku, choć, co najważniejsze, absolutnie nie da się przewidzieć, czy ten zysk by w ogóle wystąpił.

Czy oby jednak na pewno? Branża produktów artystycznych, w przeciwieństwie do, na przykład, branży spożywczej, jest branżą bez możliwości próby. Próba jest jednocześnie pełną konsumpcją dzieła. Jeżeli kupuję majonez, to płacę za niego kilka złotych i wiem, że następnym razem kupię taki sam. Co więcej, mogę go spróbować u spacerującej pani z koreczkami – będzie to 100% testu, nic na wiarę. Będę mieć absolutną pewność, że Kielecki znaczy dobry, bo jego smak poznam, zanim wydam na niego większe pieniądze (np. kupując kilka sztuk).

W przypadku dóbr medialnych jest inaczej – musisz wydać kilkadziesiąt złotych na produkt, którego nie da się przetestować. Trailer w stosunku do filmu ma się tak, jak zdjęcie majonezu do jego smaku. Prowokuje tylko jakieś wyobrażenie na jego temat, ale mające się nijak do całości wrażeń. Tak naprawdę, aby przetestować film, książkę czy grę trzeba je obejrzeć czy przeczytać. Dlatego, paradoksalnie, łatwiej wydać pieniądze po „konsumpcji” produktu niż przed. To jest coś, czego „obrońcy” twórców absolutnie nie rozumieją. Nie rozumieją, że dzięki „piractwu” mają taką reklamę, na jaką absolutnie nigdy nie mogliby liczyć, gdyby jej nie było. Paradoksalnie dane pokazują, że ludzie, którzy piratują najwięcej, jednocześnie najwięcej wydają na przemysł kulturalny. Dlaczego? Bo chcą wydać, ale chcą wydać mądrze. Chcą poprzeć tych twórców, którzy są tego warci i chcą mieć na swojej półce coś, co będzie ją zdobić, a nie szpecić i powodować problem utylizacji. W świecie transferu cyfrowego można najpierw wyrobić sobie zdanie, więc ludzie, w niezmierzonej zalewie różnych możliwości, wypracowują najskuteczniejsze techniki szukania treści najbardziej odpowiedniej dla nich.

Przypomina mi to trochę stary dowcip z polskim i czeskim sprzedawcą butów. Polak pojechał do Afryki, patrzy… i wraca niepyszny. Zapytany o powód odpowiada smętnie – „tam wszyscy bez butów chodzą…”. Niedługo po nim jedzie jego czeski konkurent i wraca z bananem na twarzy z dokładnie takim samym wyjaśnieniem - ”tam wszyscy bez butów chodzą!”

Z „piractwem” jest dokładnie tak samo. Strach przed nim jest strachem przed konfrontacją z prawdziwą chęcią ludzi do zapłaty, wynikającą z autentycznego podziwu a nie tylko dobrej reklamy. Aktualnie branża przemysłowa zarabia na tym, że nakręca chęć trailerami i zapowiedziami, aby człowiek kupił, ale jak już kupi, to jego opinia jest mało ważna. Ma tylko nie zepsuć chęci innym (chociaż jak tak dalej pójdzie, to napisanie katastrofalnej recenzji może się wiązać z pozwem ze strony „urażonego” producenta). Zezwolenie na darmowy obrót sprawia, że to produkt musi być dobry, a nie jego zapowiedź. Człowiek, obejrzawszy taki film, ma być zachwycony i ma pragnąć mieć zajebiste pudełko z figurką, które postawi na honorowym miejscu i ze trzy plakaty. Tak naprawdę gdzieś po drodze ktoś zapomniał, że samo dzieło to nie jest produkt, ale reklama produktów pochodnych – pudełka, plakatu, miejsca w kinie, nośnika, itp. Człowiek, który jest naprawdę zachwycony, kupi piękną serię książek po tym, jak ją przeczytał w bibliotece. Po to, aby mieć. Ale to jest absolutnie nie w smak tym, co produkują masówkę, za którą nikt by nie zapłacił, gdyby autentycznie wiedział, za co płaci. Najbardziej typowym przykładem jest lansowanie jednego utworu, aby sprzedać płytę, która zawiera jedną słuchalną piosenkę i cała reszta zapychaczy.

Tak naprawdę jedyną rzeczą, w której autorzy potrzebują ochrony od organów ścigania, to przypadki, w których ich treść się podoba, przydaje i generuje zarobek, ale ten zarobek do nich nie trafia. To zakłada oczywiście używanie nielegalnych programów do produkcji komercyjnych, sprzedawanie nośników z dziełem bez licencji, itp. Tutaj rzeczywiście potrzeba rozwiązań prawnych, gdyż zysk nie zostałby wygenerowany bez powstania dzieła. Czy jednak tym zajmują się te wszystkie czteroliterowe skróty? Oczywiście, że nie, bo prawne rozwiązania tego już są i takich przypadków nie jest tak dużo, aby nie mógł się zająć nimi zwykły sąd. Czteroliterowe akty „ochrony praw autorskich” zajmują się tylko uchronieniem autorów przed cyfrowym rozpowszechnianiem ich dzieł. Tym najbardziej niegroźnym, bo zapewniającym darmową reklamę tym, co mają naprawdę coś fajnego do przekazania.

Jako więc autorka tego i owego, osoba, która teoretycznie ma być „chroniona” mówię jasne i stanowcze NIE. Rozwój kultury jest powiązany z szybkością przekazu informacji i, tym samym, jej segregacji. To, co jest robione, to tylko ochrona popularnej informacji, ale popularne wcale nie oznacza dobre. Konfrontacja z rzeczywistością boli, ale jest konieczna, jeżeli mamy autentycznie się rozwijać, a nie tylko utrzymywać wygodne ciepłym posadkom w zarządzie status quo.

„Zwierciadło i wrzeciono” – dla zainteresowanych czarownictwem

Kategorie: Technikalia,Wiedźma — Aili Mirage @ 20:08
Styczeń 19, 2012

Zaczęłam zbierać swoje teksty na temat czarownictwa, głównie w tradycyjnej, legendarno-niewiccańskiej formie, okraszone moim własnym komentarzem na temat tego czym wg mnie czarownictwo jest niejako „u źródła”. Napisałam tego tyle na różnych forach i w różnych dyskusjach, że uznałam, że szkoda, żeby się walało w tysiącu miejsc. Będę informować blogowo, jak pojawi się coś nowego. Na razie – zapraszam:

Techniczno-seksualnie

Kategorie: Technikalia — Aili Mirage @ 22:07
Listopad 15, 2011

Nie cierpię musieć się logować gdziekolwiek, żeby coś zrobić i staram się takich obostrzeń nie wprowadzać bez potrzeby. Niestety, z racji zalewu spamu musiałam wprowadzić logowanie do publikowania komentarzy. Na swoją obronę jednak powiem, iż zainstalowałam plugin przy pomocy którego można się logować przy pomocy dowolnego konta na dowolnym serwisie społecznościowym czy też przy pomocy konta na Googlu czy OpenID.

Mam nadzieję, że nie będzie zbyt uciążliwe.

A spammerom przesyłam ciepłe życzenia wielkiego, powiększonego meksykańską viagrą i przygotowanego tymi tysiącami pornosajtów, penisa w najmniej przyjemne miejsce.

No i oczywiście upraszam o przetestowanie, czy to działa.

Drobne poprawki

Kategorie: Technikalia — Aili Mirage @ 02:08
Wrzesień 28, 2011

Rozjaśniłam trochę szablon i dodałam faviconkę. Niedługo pojawi się trochę wiedźmowych artykułów, zrobiłam trochę porządków. Poza tym chyba zrobię kategorię kuchenną :D Trwa robienie porządków z fontami.

O hornolach, czyli o straszeniu słów kilka.

Kategorie: Krytyka — Aili Mirage @ 21:34
Wrzesień 4, 2011

Nadrabiam zaległości z półki horrorów (i nie tylko, ale z tej półki zebrało się najwięcej). Ludzie polecają mi różne rzeczy, twierdząc, że to jest straszne, tamto straszniejsze, a po jeszcze jednym to w ogóle nie mogli spać. W sumie to normalne – to w końcu zwykli widzowie, amatorzy, przekazują tylko swoje wrażenia – fajnie.  Robią tak jednak też recenzenci w gazetach, profesjonalnych serwisach i generalnie ludzie mieniący się jakoś krytykami sztuki filmowej – i tu już zaczynam się zastanawiać, czy to oby fajnie. I jak tak słucham tych różnych recenzji, to nie wiem, czy to ja jestem tak niekompatybilna z resztą świata, czy może to recenzenci są tak nieobeznani, czego może oczekiwać widz od filmu, że sądzą tylko według siebie.

Może najpierw wstęp teoretyczny.

Otóż, mnie filmy nie „straszą”, a jeżeli uwezmą się na spowodowanie zawału serca czysto fizycznymi metodami (pierdzielnięcie po uszach decybelami na ten przykład czy inne takie shockery, obrzydzanie różnymi podejściami do kreatywnej masarni), to tylko zwiększą mój wewnętrzny dystans do danego dzieła, które zapewne wyląduje w kategorii „farsa”. Co więc według mnie horrory powinny robić, jeżeli nie straszyć? Otóż opowiadać przerażającą historyjkę – wbrew pozorom jest różnica. Nacisk leży na obu słowach, ale kluczem jest to drugie.

Historyjka. Tak, to ważne, bo horror to dla mnie nie taki „pornol na opak”, tylko właśnie przede wszystkim film, opowieść, jakiś spójny przekaz, który powinien mieć intrygujący wątek, wciągający klimat i ciekawe przesłanie. Nie oczekuję, że horror mnie przestraszy, ale powinien utrzymać w stanie zaniepokojonej ciekawości, co będzie dalej z narastającym poczuciem coraz większej „ciężkości klimatu”. Problem jednak tkwi w tym, że jeżeli scenarzysta skupia się na wciśnięciu w film maksymalnie dużo scenek-straszaków, to mu kliszy nie starcza na scenariusz i właśnie powstaje taki „hornol”. Cechą hornola jest to, że ludzie, zamiast opowiedzieć o czym był film, mówią „musisz to zobaczyć”, bo w opowieści brzmi jakoś strasznie banalnie. Problem jest jednak w tym, że jak coś brzmi zbyt banalnie na papierze, to można stworzyć z tego w najlepszym razie jakiś genialny kalejdoskop scenek, ale nie „film jako opowieść”. Jak wiadomo jednak genialnych rzeczy jest mało, tandety dużo, więc zdecydowana większość takich „musisz to zobaczyć” to w mojej ocenie po prostu słabizny.

Tak więc taka prośba do świata – ludzie, czy polecając film, możecie go ocenić, czy byłby fajny, jakby nie był straszny? Wiadomo, że straszność rzecz względna – jednego straszą odcięte ręce, drugiego uśmiechnięte lalki, a trzeciego rysunki Gigera – ale scenariusz jest łatwiejszy w ocenie. Musi mieć wprowadzenie, rozwinięcie, zakończenie, jakieś wnioski, jakieś zamknięcie, wątki powinny zostać w większości rozwiązane, z wyjątkiem umyślnie otwartych (nie porzuca się wątków ot tak!) .  Recenzenci z gazet, jak piszecie tekst, to odnieście się do tego, czy dany tytuł jest po prostu dobrym filmem, a nie tylko „strasznym horrorem”. To naprawdę ułatwi podjęcie decyzji, czy w ogóle takim filmem należy się zainteresować.

Moja przykładowa klasyfikacja:

Film: „Rosemary’s Baby”, „Ninth Gate”, „The Others”, „The Ring”, „Dorothy Mills”, „Shutter”, „Silent Hill”, „Blair Witch” (obie części z naciskiem na drugą)

Hornol: Seria „The Saw” (nie widziałam całości, ale któreś 2 środkowe), „Paranormal Activity”, „Hostel”, „The Descent”, „Ghost Ship”, „Final Destination” i inne tasiemce w stylu „Friday 13th”, „Halloween”, etc.

Najlepsze filmy z tego gatunku wg mnie nie są tylko horrorami, mają elementy mystery, dark fantasy/sf, thriller, drama, itp. W powyższej liście wymieniłam te takie najbardziej „klasyczne”, ale jest mnóstwo tytułów, które jakoś o horror zaczepiają, nie będąc nim w klasycznym tego słowa sensie. Mój ukochany „Labirynt Fauna” na ten przykład albo dark sf  ”Alien: Resurrection” czy pięknie klimatyczna klasyka wampirycznego kina „The Hunger”.

Zachodzę w głowę jakim cudem ludzie są tak wybaczający w tymże gatunku. Nie ma mowy, aby tak kretyńskie scenariusze przechodziły w filmach sf czy sensacyjnych jak przechodzą w horrorach. Horror potrafi być głupi jak but i wciąż zarobić miliony, a nie tylko wylądować o 23:30 w podrzędnej stacji TV.

Tak więc, ludu pracujący miast i wsi, błagam o porządniejsze recenzję. To, że film był straszny, nie oznacza bynajmniej, że był ciekawy albo przerażający. Trudno mi apelować do przemysłu filmowego, bo widać zapotrzebowanie na hornole jest dosyć duże, ale może by tak odróżnić je jakąś etykietką od innych filmów? Ja lubię przede wszystkim filmy dobre, gatunek jest drugorzędny, ale jak tu do nich dotrzeć, jeżeli w liście „dobry horror” leżą obok siebie totalnie różne filmy „bo straszne”, a recenzje wcale nie pomagają rozróżnić, czy mam do czynienia z sensowną historyjką czy hornolem.

O strzelaniu zwierzakom w łapę

Kategorie: Publicystyka — Aili Mirage @ 20:13
Luty 1, 2011

Na Facebooku, jak wiadomo, pojawiają się mody. Jako modę definiuję chwilowy zryw społeczny w jakiejś sprawie, która wszystkich porusza, ale na którą nikt nie ma sensowniejszego pomysłu działania aniżeli kliknąć „Udostępnij” czy „Wezmę udział”.

Czasami jest to dobre, bo powoduje rzeczywiste ruszenie się społeczeństwa w sprawie, w której autentycznie może coś zrobić  - np. zademonstrowanie weta w sprawie pochówku wawelskiego, krzyża pod Pałacem Prezydenckim czy spopularyzowanie jakiejś akcji społecznej, która inaczej nie miałaby szans dotrzeć do masowej świadomości. Czasami jednakże z pozytywnej promocji przechodzi nieuchwytną granicę dobrego smaku i zamienia się w terroryzowanie danym zjawiskiem bez perspektyw na realne załatwienie problemu. Po obejrzeniu iluś zdjęć bardzo nieprzyjemnie potraktowanych psów i kotów stwierdzam, że właśnie ta granica została w tym przypadku mocno naruszona.

Rozumiem cel tej akcji, naprawdę. Bardzo szanuję ludzi, którzy autentycznie angażują się w pomoc takim zwierzętom, karmią je i leczą. Uważam też, że wszelkie organizacje społeczne mają dużo pola do działania, aby spróbować wymyślić bardziej systemowe metody na poprawę życia czworonogów. Wszystko to jednak z pewnym drobnym suplementem – szanujmy ludzi, którzy tematem się, z dowolnego powodu, po prostu nie zajmują, nie każdy jest społecznikiem. Na świecie dzieje się codziennie naprawdę mnóstwo nieszczęścia, ale nie jest to powodem, aby wszystkim swoim znajomym ciągle podsuwać pod nos zdjęcia urwanych kończyn, gnijących zwłok czy innych materiałów rodem z prosektorium.

Ja osobiście nie cierpię jakoś strasznie z tego powodu. Mam w miarę wytrzymały żołądek, zaprawiony na setkach filmów dokumentalnych, mogłabym więc taktownie zmilczeć całą sprawę. Jednak z racji sensu całej akcji nie zmilczę właśnie po to, aby powiedzieć, że szanowni chcący dobrze klikacze różnych akcji wg mnie de facto osłabiają społeczną wrażliwość zamiast ją pogłębić. Załóżmy nawet, że wszystkie akcje i petycje się udadzą – sprawcy zostaną przykładnie ukarani, a ustawodawca zwiększy limit lat, w których będą żyć z pieniędzy podatnika (swoją drogą tych samych pieniędzy, które mogłyby pójść na poprawę losu innych zwierząt). I co? Czy to zanalizowało przyczyny z jakich to zrobili i pomoże na przyszłość zapobiec takim wydarzeniom?

Od dziesiątek lat społeczeństwo dyszy żądzą zemsty słysząc o okrutnych wydarzeniach, czy chodzi o zwierzęta czy o ludzi. Od dziesiątek lat również badania pokazują, że nie ilość lat spędzona za kratkami jest głównym straszakiem, ale jej nieuchronność i nieopłacalność. Może zamiast podpisywać petycje o nieznanych zwierzętach zamordowanych w nieznanych okolicznościach warto poświęcić ten czas na rozejrzenie się po swoim podwórku i sprawdzić, czy wszystko jest tam ok. To, co się stało z tym biednym huskim czy spaloną kotką już się nie odstanie – ale mnóstwo innych zdarzeń może się nie stać i to bez zbędnej pompy czy petycji na cały kraj. Ot, po prostu, ze zwykłego zainteresowania sąsiedzkiego czy kilku telefonów do właściwych instytucji.

A to, że nasz wymiar sprawiedliwości działa strasznie to insza inszość i łatanie tego żądaniami o wyższe kary jest dla mnie tylko gaszeniem pożaru benzyną i retoryką rodem z „Faktu”. Nie dość, że na utrzymanie tych skazańców pójdzie kupa kasy, to z więzienia wyjdą pewnie kilka razy gorsi niż tam weszli. Zamykanie ludzi ma wtedy sens, jeżeli nie sądzimy, że da się ich pogorszyć i że trzeba ich tylko odizolować na kilka lat – złodziei, bandytów, gwałcicieli, morderców. Nie jest to jednak środek ani tani ani skuteczny resocjalizacyjnie, więc jeżeli się da go uniknąć, to wg mnie należy próbować. Jeżeli ktoś męczy zwierzęta dla zysku, to może skuteczniej byłoby przywalić mu taką grzywnę, aby zlicytowało go do majtek? Nie dość, że będzie kasa dla innych zwierzaków, to jeszcze nie trzeba będzie go utrzymywać. A jeżeli mamy do czynienia z klasycznym zabójstwem dla przyjemności, to może powinien się zainteresować tym lekarz psychiatra zanim wrzuci się kolesia w środowisko, które nauczy go jak to robić lepiej, efektywniej i może na ludziach? Nie wiem, nie jestem psychologiem i mam wrażenie, że nie wie tego również większość sygnatariuszy takich petycji. Po prostu podpisują, żeby wyrazić swój sprzeciw przeciwko takim akcjom, nie zastanawiając się nad faktycznymi, prawnymi ich konsekwencjami.

Wszystko ma swoje dwie strony medalu, szczególnie w naszym szanownym państwie znanym z akcji tak popisowych jak „pod publiczkę” i bez głębszej analizy skutków. Pewne rzeczy po prostu nie są do rozwiązania metodą pospolitego ruszenia, bo z szlachetnego celu zmieniają się w lincz dla przykładu, a problem jak leżał tak leży. A większość ludzi, zniesmaczona sposobem przekazu, w ogóle się od tego odwróci, bo nie będzie chciała mieć nic wspólnego z takim stylem załatwiania spraw. Moda minie i o zwierzątkach się zapomni na korzyść kolejnej nowej wątroby dla Darfuru czy budowania studni głębinowej dla Tomka (albo na odwrót, nie pamiętam :P ). A kolejne męty dalej męczyć będą psy i koty, bo w więzieniach się nie zmieszczą, w końcu od dawna mamy przepełnienie :/

O zakazie palenia

Kategorie: Publicystyka — Aili Mirage @ 02:17
Listopad 17, 2010

Jako liberał nie lubię zakazów, nie bardziej niż jest to absolutnie wymagane. Zwykle stoję po stronie legalizacji tego czy tamtego i nie lubię, jak państwo za bardzo się wcina w decyzje gospodarcze.

Są jednak takie miejsca, w których pełny liberalizm się nie sprawdza, a właściwie ze swojej własnej natury rzeczy ustępuje regulacjom w myśl zasady, że wolność jednego kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność drugiego – a ciężko jest pogodzić setki tysięcy wolności osobistych zupełnie różnych ludzi współżyjących ma bardzo małym obszarze. Do takich miejsc należą zasady ruchu drogowego, urbanistyka i generalne zagospodarowanie przestrzeni publicznej. To, co ma służyć takiej chmarze ludzi na codzień musi być przede wszystkim wygodne i nieinwazyjne, a dopiero potem może być jakiekolwiek inne.

Jest też coś takiego jak własność prywatna funkcjonująca na zasadzie przestrzeni publicznej.  jest to taki twór pozwalający właścicielom zarabiać na swojej własności, chroniący jednak konsumenta przed możliwymi pułapkami, jakie mogą go czekać. Na przykład jeżeli restaurator sprzedaje Ci piwo, to musi udostępnić darmową ubikację albo jeżeli sklep jest otwarty dla wszystkich, to nie można dowolnej osoby oskarżyć o naruszanie własności dlatego, że właścicielowi nie spodobała się fryzura. Są to różne ograniczenia mające na celu zapewnienia komfortu klienta, od którego trudno oczekiwać, że przy wejściu do knajpy będzie sprawdzał, czy pod wycieraczką jest ukryty wilczy dół (hej, własność prywatna ];> ).

Tego typu regulacji w naszym prawie jest mnóstwo, począwszy od tych bardziej potrzebnych na tych zupełnie niepotrzebnych skończywszy. Przez długie lata nie było jednak podstawowej regulacji – prawa do czystego powietrza. Wchodząc do lokalu otwartego, bez konieczności podpisania długiego dokumentu oświadczającego, że zgadzam się, że w środku zapoznam się bliżej z każdym eksponatem z muzeum tortur, spodziewam się, iż będzie on dla mnie bezpieczny. Spodziewam się więc, iż do klimatyzacji nie jest podpięta rura ze spalinami, spodziewam się, że w wodzie mineralnej nie jest rozpuszczony kret, a sałatka grecka nie jest posypana świeżo zerwaną cykutą. Co więcej, spodziewam się, że takich potraw nie ma w menu i że nie można na nie się natknąć przez przypadek, w poszukiwaniu egzotycznego drinka o dziwacznej nazwie.

Zezwolenie na palenie de facto jest zezwoleniem na emisję trującej substancji, to jest fakt. Jak najbardziej uważam, iż powinny być miejsca, w których ludzie mogliby się legalnie truć, jeżeli taka jest ich wola. Jednakże absolutnie nie uważam, aby miejsca do legalnego trucia mniejszości (dowolną substancją) miały wyprzeć lokale skierowane do całego przekroju społeczeństwa, do których można wejść z ulicy (również niepełnoletni), bez podpisywania papierka o zgodzie na bycie trutym.

Palacze moi liberalni i drodzy, jeżeli tak walczycie o wolność, to rozumiem, iż jeżeli zatrujecie się dowolnym legalnym świństwem w knajpie, to nie będziecie wnosić skarg? Dla ułatwienia życia zawsze można dołożyć tabliczkę informującą o wymiarach 10x20cm ];> Uznacie też, że jest absolutnie fair i w zgodzie z zasadami wolnego rynku, jeżeli takich trujących dla Was knajp będzie tak z 75%?

Wolność do trucia się nie zakłada wolności do trucia się w przestrzeni publicznej, gdzie łatwo inni mogą być narażeni na czynnik trujący. Wolność do picia alkoholu nie zakłada wolności do rzygania na podłogę w knajpie. Z mniej trującej beczki – wolność do seksu nie zakłada wolności do seksu na stole w restauracji. Pewne czynności z natury mają konsekwencje dla otoczenia i nawet, jeżeli są legalne, to nie są legalne wszędzie.

Ubolewam, że ten zakaz jest potrzebny (gdyby ludzie byli kulturalni, to by nie był, bo pewne rzeczy byłyby oczywiste), ale niestety jednak jest. Mam nadzieję, że będzie sprzyjać tworzeniu miejsc, w których palenie tytoniu będzie uprawiane w sposób cywilizowany, bez angażowania osób postronnych.

Ku pamięci

Kategorie: Publicystyka,Wiedźma — Aili Mirage @ 01:25
Październik 22, 2010

Zbliża się Święto Zmarłych, dla katolików bliżej znane jako Wszystkich Świętych, wśród pogan Samhain czy Dziady. Jest to święto, które w jakiejś formie łączy wiele tradycji europejskich, stąd właściwie każdy ma jakiś stosunek do niego, zależnie od wyznania. Na tę okazję naszło mnie trochę przemyśleń natury dosyć ogólnej.

To był dziwny rok, pełny intensywnych wydarzeń, pokazujący nasze 0stre, polskie charaktery. Zbliża się do podsumowania, a w podsumowaniu co..? Cmentarz pełen identycznych nagrobków (nie mówię o Powązkach ale o Statystycznym Polskim Cmentarzu). Gdzie niby ta polska różnorodność, ta sarmacka dusza? Jak mamy pamiętać naszych przodków, jak zostawiamy po nich standardowy wpis „pokój jego duszy” na kamiennej płytce opatrzonej krzyżykiem (nawet jak delikwent był ateistą czy inszym odmieńcem)? Jeżeli nekropolia ma być prawdziwym polis, to dlaczego nic nie mówi o swoich mieszkańcach poza kilkoma datami i wątpliwej jakości cytatami?

Naprawdę, jak mamy coś zostawić dla potomności, to cenniejsze byłoby chociażby parę zdań, nawet super ogólnych. Cokolwiek, co jakkolwiek humanizowałoby zmarłego, a nie tylko robiło z niego kolejną kopię kapliczki przydrożnej. Nawet jeżeli te parę zdań miałoby opiewać na to, że tu leży Kunegunda Kowalska, za życia niezła szwaczka i wielka fanka „Mody na sukces”.

Skoro już poświęcamy jako społeczeństwo te ileś metrów kwadratowych na miejsca pamięci, dlaczego nie zrobić z nich prawdziwych miejsc pamięci, a nie tylko podstawek pod znicze? Niech archeolodzy mają co odkopywać za te 3000 lat.

Palenie kotów, czyli o liberaliźmie słów kilka.

Kategorie: Publicystyka — Aili Mirage @ 00:07
Październik 4, 2010

Jestem liberałem. Wiem, w Polsce to wstydliwe wyznanie, coś w stylu grzesznej przyjemności a’la skórzane buty do pół uda. Takie coś, co możesz wpisać sobie w profil na Facebooku, ale automatycznie zalicza Cię to do tych nazbyt ekscentrycznych, aby mieć wpływ na cokolwiek. Nie, żebym się pchała do posiadania wpływu innego niż kartka wyborcza, ale nawet na to nie mogę specjalnie liczyć.

Nie mam na kogo głosować, to przykra prawda. Głosowałam na Platformersów, ale odkąd zmieniają się w PiS BiS, to coraz ciężej mi przechodzi postawienie krzyżyka przy kimkolwiek z tejże formacji. O Korwinie przez grzeczność nie wspomnę, bo z wariatami mogę rozmawiać o religii, ale nie o polityce. Ale oto nadjeżdża rycerz z Lublina na białym koniu, aby ocalić mnie przed wyborem pomiędzy Donaldem Pogromcą Dopalaczy a Grzesiem, Ziomem Z Dzielni.

I co?

Nooo…. Hm. Generalnie fajnie, ale widzę pewne przebłyski SLD Light. Niby wszystko cacy – liberalizm światopoglądowy, rozdział państwa od KRK i obcięcie im przywilejów emerytalnych (hell, yeah!), zmniejszenie biurokracji i elektronizacja państwa… ale czemu po drodze zaplątały się jakieś parytety czy darmowy Internet dla wszystkich..? Myślę, że elektorat do którego pan Janusz uderza nie ma na tyle mało przebicia, aby trzeba było go kusić takimi chwytami a’la wspomniany wcześniej Grzesiu. Myślę, że ludzie, którzy nie mają na kogo głosować, tak naprawdę nie chcą, aby państwo im nadmiernie pomagało – najpierw wystarczy, że przestanie przeszkadzać. To tak niewiele, a byłoby na wagę złota – taki postulat numer zero, który jest mówiony, ale za mało i za cicho.

Życzę panu Januszowi dużo szczęścia – na tej scenie brakuje wyboru i każdy krok w dobrą stronę jest dobry. Ale niech nie zapomina, że skoro nie wstąpił do SLD, to powinien uderzać do wyborców, którzy z jakiegoś powodu nie głosowali na Grzesia – tylko to może dać mu realne procenty w parlamencie. Trochę mi w tych szumnych zapowiedziach nowego ruchu brakuje elementu odróżniającego Janka nie tylko od Donka, ale też od Grzesia.

Ja, na przykład, tylko pragnę świeckiego państwa, które nie szastałoby kasą na wszystkie strony i w którym życie nie byłoby opisane taką ilością makulatury… Tak niewiele trzeba obiecać, żeby zyskać mój głos. ;) Wystarczy, że nie obieca się za dużo.

PS. Nie oznacza to, iż nie dam Jankowi szansy. Z pewną nieśmiałością kliknęłam nawet „Lubię to” na FB ];> bo mam nadzieję, że jako przedsiębiorca nie wykaże się dążeniem do jakiejś gospodarczej utopii. Brakuje mi jednak tej otwartości stwierdzenia „tak, jestem liberalnym-liberałem” (w przeciwieństwie do tych konserwatywnych z jednej i tych socjalistycznych z drugiej).

Older Posts »
Nie gryzę... za mocno.
GG1388754
ICQ3146911
Facebook
DeviantArt
Koniecznie napisz, skąd przyszedłeś.
Dostaję dużo spamu i łatwo zostać tak zakwalfikowanym.