Jaglanka zapiekana z jabłkami

Kategorie: Uncategorized — Aili Mirage @ 00:11
Luty 17, 2015

Tym razem taki totalny comfort food z dzieciństwa, prosty jak ulice w Ńju Jorku. Wariacja na temat ryżu z jabłkami, tylko z większą ilością smaku.

Zamiast ryżu – kasza jaglana. Gotujemy pół szklanki kaszy wg magicznej receptury Aili minut 12, w proporcji 1:2,5 (czyli woda w ilości szklanka i trochę), przykrywamy i zostawiamy na jakieś 10 min aż dojdzie.

Bierzemy 4 średnie jabłka, idealnie 2 słodsze a 2 mniej. Jedno słodsze i jedno mniej ścieramy na tarce o dużych oczkach i podduszamy podlewając wodą aż zmięknie. Nie przesadzajcie, nie róbcie z tego papki, to jeszcze dojdzie. Doprawiamy sokiem z połowy cytryny, łyżką cukru trzcinowego i cynamonem. Można dodać trochę imbiru, ale to zależy od osobistych preferencji. Pozostałe 2 jabłka kroimy w niewielkie kawałki, ale takie, żeby jeszcze dobrze chrupały.

Bierzemy mniejsze naczynie żaroodporne, na dole układamy połówkę kaszy i nakrywamy duszoną jabłkową masą. Następnie bierzemy ćwiartkę kaszy, przykrywamy masę cienką warstwą i kładziemy krojone surowe jabłka i przykrywamy znów kaszą. Wierzch posypujemy słuszną warstwą cynamonu i cukrem trzcinowym w ilości zależnej od osobistej preferencji.

Pieczemy około 25 minut, a na ostatnie 10 minut kładziemy na górze 2 plasterki masła, żeby się ładnie zapiekło.

Można podawać samo albo z jogurtem czy śmietaną, zależnie od preferencji w doborze białka i cholesterolu.

Przedszkolak approved, więc się sprawdza.

Tarta szpi(l)nakowa

Kategorie: Uncategorized — Aili Mirage @ 21:34
Luty 10, 2015

Tarta szpinakowa to jedno z moich dań, które nastawione jest na lekki czynnik niespodzianki. Zielsko to zwykle kojarzy się z łagodnymi, pastelowymi smakami, balansującymi gdzieś na krawędzi wyrafinowanej restauracji i diety „zero kalorii, zero smaku”. Oczywiście nie w moim wykonaniu. Ja, jak to ja, prosta kobieta odporna na takie subtelności, nie uznaję dań bez pewnych kontrastów – ze szpinakiem nie może więc być inaczej. Oto więc tarta szpilnakowa, z lekkim ukłuciem ^_^

Na wstępie – piekarnik na 175 celsjuszy, niech się grzeje.

Ciasto na tartę:

250g mąki pełnoziarnistej (Lubella z domieszkami żytnio-orkiszowymi sprawdza się świetnie)
sól (ja daję tak pół płaskiej łyżeczki)
suszona bazylia (chyba łyżeczka)
1/4 szklanki oliwy / oleju rzepakowego / oleju z pestek winogron
1/2 szklanki wody
pół łyżeczki proszku do pieczenia

(proporcje są jak na raczej większą tartownicę albo jak lubicie grubsze ciasto, jak cieniej to obciąć 50g mąki i resztę „na oko”)

Ciasto, jak to ciasto, mąkę przesiać z innymi suchymi składnikami, a z mokrymi ugnieść. Fajnie jest mieć silikonową tartownicę, ale jak jej nie ma, to zwykła aluminiowa da radę, tylko należy ją natrzeć tłuszczem i wysypać mieszaniną płatków owsianych i bułki tartej. Ciasto warto sobie rozwałkować jeszcze poza formą na dość cienkie kółko i tylko włożyć do formy gotowe. Następnie nakłuć całość widelcem i włożyć do rozgrzanego piekarnika na 15/20 minut. Proszek do pieczenia może jest i trochę oszustwem w stosunku do typowych przepisów, ale osobiście nie lubię zbyt twardego ciasta, stąd modyfikacja czysto użytkowa.

Piekarnika nie wyłączamy oczywiście po upieczeniu ciasta, gdyż niedługo wyląduje tam całokształt tarty.

Farsz:

szpinak baby 200g (wersja z samym szpinakiem, baby to wersja z małymi listkami)
LUB
szpinak baby 100g i nieogromna cukinia. (każda z tych wersji jest dobra, zależnie na co macie ochotę)
6 suszonych pomidorów z oleju
250g (1 opakowanie) chudego twarogu (lub 2, jeżeli wersja z ricottą jest zbyt rozpasana)
250g (1 opakowanie) sera ricotta
pół główki czosnku (dużego, takie 5 solidnych zębów, ale to zależy od osobistej tolerancji)
2 szalotki
łyżeczka tartej gałki muszkatołowej (chyba)
pół łyżeczki pieprzu białego (jak wyżej)
1 małe suszone chili
ocet jabłkowy / z białego wina (ja mieszam oba)
sól
jajko

Na początek przygotujcie sobie szpinak, aby zdążył obciec. Można też użyć suszarki do sałaty, jest to wersja ekonomiczniejsza czasowo, ale nie wysiłkowo. Ja ją zlecam Familiarowi, zwanym inaczej Pomocą Domową. No i radzę go dobrze umyć, inaczej piach zgrzyta w zębach, sprawdzone >_> Żeby tarta się lepiej kroiła, można na tym etapie nieco zredukować wielkość liści, ale jak Wam się nie chce rwać czy kroić, to nikt od tego nie umrze.

Robotę właściwą zaczynamy od pokrojenia drobno szalotki, czosnku, chili i suszonych pomidorów (tu nieco grubiej). Następnie podsmażamy najpierw szalotkę z pomidorami, a dopiero potem dorzucamy czosnek i chili, jak szalotka zrobi się trochę szklista. Jeżeli wybraliśmy wariant z cukinią, to w międzyczasie kroimy cukinię i dorzucamy do smażenia. Całość podlewamy octem, nie powiem Wam ile, ale ja lubię raczej dużo, tak łyżkę na pewno. Generalnie chyba nigdy w życiu nie odmierzyłam przypraw w swoich przepisach, więc ilości, które Wam podaję, są absolutnie na oko. Dostosujcie wg własnego gustu i nie sypcie bez testowania.

Jak już całość będzie względnie podsmażona (ale lekko, to się ma jeszcze piec) dorzucamy szpinak, który powinien bardzo szybko „oklapnąć” i posypujemy całość gałką muszkatołową i pieprzem białym. Wkruszamy do środka ser biały i mieszamy, żeby rozbić wszystkie grudy. Jak wybraliśmy wariant z ricottą, to dodajemy jak już masa warzywno-twarogowa już wygląda w miarę jednolicie, ricotta „rozmaśli” się dość szybko. Wyłączamy palnik i trochę studzimy.

Jako akcent finalny dajemy sól i próbujemy. To jest ten moment, w którym całość ma mieć już właściwy smak (czyli mamy czuć tę świeżą, ale nieco korzenną ostrość całości), więc jak czegoś Wam brakuje, to należy dosypać to teraz. Ja zwykle w tym momencie uznaję, że dałam jednak za mało octu jabłkowego i że może jednak nieco więcej pieprzu nie zaszkodzi. Jak już jesteśmy w miarę zadowoleni, to do całości wrzucamy jajo (dlatego całość trzeba nieco przestudzić, ma się nie ściąć od razu) i mieszamy dokładnie. Masę wykładamy na podpieczone ciasto i całość ląduje w już nagrzanym piekarniku na kolejne 25-30 minut.

Wyjmujemy, kroimy i jemy, starając się nie poparzyć. Potem żałujemy, że tak szybko znikło ^_^

Muffiny dyniowe inaczej

Kategorie: Kuchnia — Aili Mirage @ 20:11
Marzec 13, 2014

Zwykle muffiny dyniowe robi się z pulpą (co jest ładnym słowem na zmieloną papkę dyniową) i ciężko jest znaleźć przepisy będące czymś innym niż zmodyfikowana wersja ciasta marchewkowego. Do poszukiwania innych wersji zainspirowały mnie dwie rzeczy: po pierwsze moje próby z klasycznymi przepisami okazały się rozmokłą klapą, a po drugie w pobliskiej piekarni kupiłam jakiś czas temu ciasto drożdżowe z dynią, które okazało się objawieniem. Dynia była pieczona, w dużych kawałkach, w którejś z tych słodkich, mocno pomarańczowych odmian, podkreślona wanilią i cynamonem. Mielenie jej byłoby stratą świetnej zwartej struktury, która dodawała całości tego wrażenia ciasta z owocami, więc pomyślałam, że może muffinki w takiej wersji byłyby całkiem niegłupim pomysłem.

Jak pomyślałam takoż zrobiłam. Kupiliśmy dynię o oczekiwanych parametrach (mała, ciężka, o głębszym kolorze miąższu) i upiekliśmy ją w kawałkach posypawszy cynamonem. Dynia przeleżała w słoiku parę tygodni, ale w końcu doczekała się swojej kolejki. Nadszedł czas wielkiego testu.

Jako bazę muffinek wykorzystałam zmodyfikowany przepis z zaprzyjaźnionego bloga Kuchnia Cyniczna, który z kolei zapożyczył go od naszej wspólnej znajomej, mistrzyni słodkości Oli. Jako że jak wszyscy wiedzą mam swoje muchy w nosie co do poziomu kwaśności i słodkości wypieków, przepis mój dostosowany jest do ludzi, którzy lubią poziom słodkości typu owoc, a nie typu torcik z Wedla.

Co potrzebujemy?

Składniki suche:
mąka 250g, ja użyłam pół na pół zwykłej pszennej z pełnoziarnistą orkiszową
1 łyżeczka sody oczyszczonej
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
2 łyżeczki cukru z wanilią albo wyskrobcie laskę wanilii, opłaca się zamiast typowej waniliny
niecałe pół (bliżej 1/3) szklanki cukru, ja użyłam ksylitolu
2 łyżeczki cynamonu
skórka z połowy cytryny 

Składniki płynne:
1 jajko
pół szklanki mleka
pół szklanki jogurtu naturalnego
1/3 szklanki oleju

Gwóźdź programu:
Dynia pieczona, odmiana słodka, z twardym, zwartym miąższem, ilość „na oko” czyli miseczka kawałeczków wielkości ok. pół centymetra.

Przesiewamy i mieszamy razem wszystkie składniki suche. Składniki płynne ubijamy mikserem aż się trochę napuszy i masę wlewamy do masy mąkowo-przyprawowej. Mieszamy delikatnie, aż tylko składniki się połączą, nie należy przesadzić. Formę muffinkową wypełniamy papilotkami i wlewamy jakieś 2/3 ciasta (na pojedynczą muffinkę powinno to być około połowa wysokości) do foremek, układamy kawałeczki dyni, wlewamy resztę ciasta i na wierzch znów dynia. W ten sposób kawałeczki dość równo rozdystrybuują się po cieście w trakcie pieczenia.

Pieczemy w 180 celsjuszy 15-25 minut, zależnie jaki macie piekarnik. Będzie widać. Polecam test patyczkiem, gdyż jak nie wypieczecie odpowiednio dyni, to, do wyboru, albo zajmie to dłużej albo po prostu nie wyjdzie. Dynia ma bardzo dużo wody i dlatego nie wolno pominąć etapu jej pieczenia.

Ja podaję z kapką serka waniliowego na wierzchu, świetnie się komponuje.

Racuchy dyniowe z kremem cytrynowym

Kategorie: Kuchnia,Wiedźma — Aili Mirage @ 22:09
Październik 17, 2012

Ponieważ zbliża się dowolnie nazywane święto szeroko rozumianych zaświatów, to przygotowuję się na zgrabne przetworzenie okolicznościowych importów z Nowego Świata, zwanych popularnie dyniami. Racuchy nadają się w tym celu świetnie, jako że miąższ z wydrążonej dyni jest zwykle w stanie dość zmiętoszonym i, możnaby rzec, mało nadającym się do czegoś innego niż papka. I choć mam ambitny plan uratować coś z niego do słuszniejszych kawałków potrzebnych w curry, to jednak większość prawdopodobnie przybierze formę wiórów, czyli idealnie tego, czego potrzebujemy do tytułowego dania.

Tak więc, do roboty. Potrzebujemy wielką michę, dobrą patelnię (ja używam ceramicznej, najmniej przywiera) i jakąś łopatkę do obracania naszych wytworów. Ponieważ farszu można wyprodukować dowolnie dużo i z różnymi wariacjami, to podam ogólne wytyczne, które dostosujecie sobie sami.

Składniki na racuchy
dużo dyni, ja użyłam litrowego słoja z dyniowymi wiórami
mąki na tyle, aby zagęścić ten farsz; ja użyłam gdzieś półtorej szklanki mąki pełnoziarnistej głównie, ale można więcej; wszystko zależy na ile dynia jest mokra
łyżeczka sody oczyszczonej
jedno jajo
ze 3 duże łyżki jogurtu naturalnego lub kefiru
ze 3 łyżki ciemnego cukru
sok z cytryny
cynamon
gałka muszkatołowa

Składniki na  krem
pół opakowania serka ricotta
duża łyżka jogurtu naturalnego
ze 4 łyżki soku z cytryny
cukier ciemny
cukier waniliowy

Ciasto racuchowe
Miąższ dyniowy odciskamy z płynu, mieszamy z cukrem, kefirem/jogurtem, sokiem z cytryny i przyprawiamy gałką i cynamonem. Sprawdzamy organoleptycznie czy jest dobre i sypiemy tyle przypraw, ile lubimy, żeby osiągnąć właściwy poziom słodkości/kwaśności/wyrazistości. Nie będę nawet próbować szacować ile dałam czego – sypałam aż było dobre ;) Nie powinno być za słodkie, bo cukier nienajlepiej znosi smażenie, a główną słodycz ma zapewniać krem.

Następnie mąkę przesiewamy z sodą oczyszczoną i mieszamy z wyżej przygotowaną pulpą. Dodajemy jajo i mieszamy do stopnia jednolitości. Jeżeli jest zbyt płynne, to dodajemy mąki. Konsystencja jest luźniejsza niż zwykłego ciasta, ale nie powinna być zbyt leista, bo inaczej zastrzelicie się z przewracaniem tego na patelni. Powiedzmy coś a’la gęsta śmietana.

Smażenie
Tutaj właściwie leżą wszystkie autentyczne problemy z racuchami, bo przygotowanie masy jest banalne. Rozgrzewamy patelnię i dajemy na nią łyżkę oleju, którą równomiernie rozprowadzamy. Ważne, aby nie przesadzić z olejem, bo racuchy go „zjedzą”, lepiej podlać w trakcie niż je utopić. Tak samo istotna jest temperatura – musi być na tyle wysoka, by ładnie skwierczało, ale jednocześnie na tyle niska, żeby nie spiekły się z zewnątrz pozostając surowe w środku. Niestety oszacowanie tego jest mocno eksperymentalne.

Nakładamy łyżką aby placki nie były za duże, inaczej, jak wyżej, się zastrzelicie z ich przewracaniem. Przewracamy na drugą stronę jak są już podsmażone na złoto. Z patelni zdejmujemy na ręcznik kuchenny, żeby odsączyć z nadmiarów tłuszczu. Ostawiamy do ostygnięcia.

Krem cytrynowy
Najprostszy z możliwych. Bierzemy ricottę i mieszamy z jogurtem naturalnym, sokiem z cytryny, cukrem ciemnym i waniliowym. Tak jak w przypadku ciasta robimy „do smaku” pamiętając, że krem ma być wyraziście kwaśny i słodszy niż ciasto. Nie bójcie się soku z cytryny, najwyżej mocniej dosłodzicie – bez tego jest bez smaku.

Racuchy dekorujemy pecyną kremu i gotowe. Do tego korzenna herbata albo Crabbie’s Ginger Beer :twisted: , oczywiście z limonką.

Równonocne ciacho ze śliwkami

Kategorie: Kuchnia,Wiedźma — Aili Mirage @ 23:50
Wrzesień 19, 2012

Zbliża się Równonoc, czyli jedno ze świąt, które mówią mi, że czas się obudzić z letniego marazmu zakończonego sierpniową melancholią. Dni mają przyzwoitą długość, ładne mają idealne 20 celsjuszy, kwitną wrzosy, wkrótce wracają seriale po letniej przerwie i zza każdego roga wyglądają pięknie wypasione krzyżory. Gotycka dusza uśmiecha się z fioletowym błyskiem w oku i knuje kolejne mroczne plany.

Dzisiejszy mroczny plan zakłada uczczenie tegoż pięknego faktu kuchennie i zdecydowanie magicznie. Rzadko kiedy udaje mi się skonstruować tyle wymyślnych klątw w tak krótkim czasie jak wyrabianie ciasta :twisted: ale na pewno cały proces zdecydowanie wzmaga moją kreatywność.

Tak więc oto, *TADAM*, Ciacho Ze Śliwkami made by Aili, desperacko próbująca zrzucić parę kilo, tak więc przepis jest kompromisem pomiędzy hedonizmem a zdrowym rozsądkiem.

Składniki
50dag mąki (ja użyłam około 40 normalnej i 10 pełnoziarnistej)
8dag tłuszczu (4 – masło, 2 – margaryna do pieczenia, reszta olej z pestek winogron)
1 jajko
szklanka mleka
ok 10 dag cukru (3 łyżki cukru białego, 3 ciemnego)
5dag drożdży świeżych (pół kostki)
szczypta soli
łyżeczka cukru waniliowego (albo wanilinowego :) )
skórka z cytryny
śliwki (może około kilograma, nie ważyłam)
bułka tarta
cynamon
kruszone migdały

Przygotowanie
Przesiewamy mąkę z solą. Opieprzamy Familiara za wsadzenie macek w tę mąkę i przesiewamy ją jeszcze raz. Jajo wyjmujemy z lodówki i zalewamy lekko ciepłą wodą, żeby nie było zimne, mleko podgrzewamy do temperatury dokładnie letniej (nie gorącej, nie zimnej). Masło z margaryną rozpuszczamy i mieszamy z olejem, zostawić do ostygnięcia. Zamykamy okna – żadnych przeciągów.

Zaczyn
3 łyżki cukru białego rozgniatamy z drożdżami, dodając 3 łyżki mąki i zalewamy letnim mlekiem. Miseczka powinna być około 2x większa od powstałej brei. Przykrywamy ściereczką, odstawiamy na 10-15min.

Ciasto
Jajko rozbijamy i roztrzepujemy na w miarę jednolitą masę. W mące formujemy taki „wulkanik” do którego wlewamy jajo i tłuszcz. Rozgniatamy, dodając w międzyczasie ciemny cukier, cukier waniliowy, skórkę z cytryny i wyglądający jak dwukrotnie zwrócona zupa zaczyn. Całość wyrabiamy ad mortem defecatem, czyli aż uzyska jednolitą masę, która przestanie się kleić do rąk. Podpowiem, że jak już masa jest jednolita i za Chiny PseudoLudowe nie chce przestać być kleista, to warto umyć ręce, mocno podsypać mąką jakąś płaską powierzchnię (jeżeli poprzednio wyrabialiśmy w jakimś naczyniu, żeby wszystkiego nie uwalić), natrzeć ręce mąką i tak dokończyć. Powinniśmy dostać nieklejącą się kulę, którą przykrywamy ściereczką i odstawiamy w jakieś w miarę ciepłe miejsce na 30-40min, żeby wyrosła. Potem przekupujemy dowolne bóstwa zajmujące się aplikacją Praw Murphiego, aby drożdże zrobiły swoją robotę i za jakieś 20min przystępujemy do obróbki śliwek.

Clue programu
Grzejemy piekarnik do 170/180 celsjuszy. Śliwki drylujemy i kroimy na połówki. Odsuszamy ręcznikiem papierowym w miarę możliwości, tym dokładniej, im bardziej soczysta jest śliwka. Przygotowujemy formę, wykładając ją papierem i smarując papier margaryną. Ciasto wykładamy do formy i rozciągamy, aby wypełniło ją w miarę równo, a następnie posypujemy bułką tartą. następnie wykładamy śliwki, ile nam się zmieści, pamiętając jednak, aby były skórką do dołu, inaczej ciasto bardzo namoknie. Posypujemy cynamonem, ciemnym cukrem, kruszonymi migdałami i do pieca.

Final Countdown
Pieczemy czas nieokreślony, czyli 30-50 minut, po 30 minutach wsadzając patyczek i dokonując testów suchości. Wyjmujemy i opieprzamy Familiara, który próbuje się oparzyć gorącym :P

Z takich porad „co zrobić, aby dotrwało do jutra” (poza schowaniem przed Familiarem), to trzymamy przykryte ściereczką w temperaturze pokojowej. Żadnej folii, żadnej lodówki. Ciacho jest generalnie mało słodkie (podobno, tak mówi Familiar), ale na moje gusta jest w sam raz. Jak ktoś jednak woli słodsze, to może sypnąć więcej cukru do ciasta, nie wybuchnie albo zrobić pełną kruszonkę. Świetnie smakuje z jakąś raczej kwaśną herbatką owocową, w herbaciarniach zwykle sprzedają rozmaite korzenne, bardzo dobrze się nadadzą.

Wracając jednak do Równonocy, to skoro już czuć w powietrzu wilgotną ziemię, suche liście i tak zwany Erlkönig zaciera już zimne łapska na rozpoczynający się sezon, to na zapas chcę Wam życzyć wszystkiego fioletowego, jesiennego i pachnącego ciężkimi przyprawami. A jak nie lubicie, to w sumie Wasz problem :twisted:

Grosik na legendę

Kategorie: Publicystyka — Aili Mirage @ 17:45
Kwiecień 9, 2012

Tym razem będzie dość mocno subiektywna i nachalna reklama wspomagana moim sentymentem z dzieciństwa.

Niewielu mam idoli w życiu, takich naprawdę prawdziwych, którzy powodują mój pisk i rozświetlone oczka, ale pośród nich znajduje się kobieta, która ukształtowała moje pojęcie porządnej, niegłupiej rozrywki. Jane Jensen, matka ciężkiej przygodówki z jej niesfornym synalkiem Gabrielem i młodziutką córeczką Sam, która ukradła mi wiele godzin mojego nastoletniego życia, aż w końcu niedawno wygoniła na wycieczkę po Oxfordzie, jest właśnie jedną z nich. Ta urocza pani po pięćdziesiątce mieszkająca w wiejskim domku potrafiła dosłownie zaczarować całe pokolenie graczy, niestety jednak zmiana trendów w ogólnoświatowym rynku spowodowała wyciągnięcie finansowej wtyczki z projektów spod flagi „adventure”. Korporynek zeżarł gatunek i nawet się nie oblizał, zostawiając jedynie mały margines dla pojedynczych niskobudżetowych produkcji. No cóż, uznał, że nie ma rynku i  ze adventure się skończył i kupują je tylko pojedynczy troglodyci, co się jeszcze ostali.

Ale, nagle oto powstał dziwny nowy system kickstarterem zwany. Takie śmieszne coś, w którym najpierw się płaci na jakiś projekt, a potem, jeżeli uzbiera się zamierzona suma, autor przystępuje do dzieła. Brzmi jak jakiś totalny absurd, kto by chciał płacić za coś, czego jeszcze nie ma? Otóż jednak ten rynek, którego ponoć nie ma, okazał się zdolny uzbierać >3 mln $$$ na przygodówkę z oczekiwanych 400 tysięcy („Double Fine Adventure”)… Tak więc, jak ktoś kocha przygodówkowy oldschool, to zapraszam, żeby wrzucił parę zielonych na wsparcie sprawy i przywrócenie legend w stylu Jane Jensen do pierwszej ligi ;)

Tak więc… może grosik na legendę?
PS. A może też lubicie Larrego? ;)

O prawach autorskich i statków porywaniu.

Kategorie: Krytyka,Publicystyka — Aili Mirage @ 20:24
Styczeń 20, 2012

Z racji, że aktualnie na topie są skróty czteroliterowe walczące z piractwem (SOPA, PIPA, ACTA), to jako osoba żywo zainteresowana sprawą własności intelektualnej, postanowiłam dorzucić swoje 4 grosze.

Tak naprawdę sprawa „walki z piractwem” zaczyna się z pewnymi absolutnie błędnymi założeniami, stawiającymi ludzi darmowo dzielącymi się treściami w tej samej semantycznej pozycji co ludzi porywających statki. Oczywiście od razu zostanie mi zarzucona erystyka i nieznajomość przenośni, ale dobre przenośnie mają to do siebie, że są dokładne. Pirat to osoba, która coś sobie przywłaszcza, zostawiając dotychczasowego właściciela bez życia lub środków do życia, żeby potem to bezmyślnie zniszczyć głupim użytkiem – takie jest znaczenie tej konkretnej alegorii. Jak to się ma do ściągania/udostępniania plików..? Otóż nijak. Samo udostępnienie treści nie powoduje straty, oryginał nie znika w tajemniczych okolicznościach. Powoduje w najgorszym razie brak zysku, choć, co najważniejsze, absolutnie nie da się przewidzieć, czy ten zysk by w ogóle wystąpił.

Czy oby jednak na pewno? Branża produktów artystycznych, w przeciwieństwie do, na przykład, branży spożywczej, jest branżą bez możliwości próby. Próba jest jednocześnie pełną konsumpcją dzieła. Jeżeli kupuję majonez, to płacę za niego kilka złotych i wiem, że następnym razem kupię taki sam. Co więcej, mogę go spróbować u spacerującej pani z koreczkami – będzie to 100% testu, nic na wiarę. Będę mieć absolutną pewność, że Kielecki znaczy dobry, bo jego smak poznam, zanim wydam na niego większe pieniądze (np. kupując kilka sztuk).

W przypadku dóbr medialnych jest inaczej – musisz wydać kilkadziesiąt złotych na produkt, którego nie da się przetestować. Trailer w stosunku do filmu ma się tak, jak zdjęcie majonezu do jego smaku. Prowokuje tylko jakieś wyobrażenie na jego temat, ale mające się nijak do całości wrażeń. Tak naprawdę, aby przetestować film, książkę czy grę trzeba je obejrzeć czy przeczytać. Dlatego, paradoksalnie, łatwiej wydać pieniądze po „konsumpcji” produktu niż przed. To jest coś, czego „obrońcy” twórców absolutnie nie rozumieją. Nie rozumieją, że dzięki „piractwu” mają taką reklamę, na jaką absolutnie nigdy nie mogliby liczyć, gdyby jej nie było. Paradoksalnie dane pokazują, że ludzie, którzy piratują najwięcej, jednocześnie najwięcej wydają na przemysł kulturalny. Dlaczego? Bo chcą wydać, ale chcą wydać mądrze. Chcą poprzeć tych twórców, którzy są tego warci i chcą mieć na swojej półce coś, co będzie ją zdobić, a nie szpecić i powodować problem utylizacji. W świecie transferu cyfrowego można najpierw wyrobić sobie zdanie, więc ludzie, w niezmierzonej zalewie różnych możliwości, wypracowują najskuteczniejsze techniki szukania treści najbardziej odpowiedniej dla nich.

Przypomina mi to trochę stary dowcip z polskim i czeskim sprzedawcą butów. Polak pojechał do Afryki, patrzy… i wraca niepyszny. Zapytany o powód odpowiada smętnie – „tam wszyscy bez butów chodzą…”. Niedługo po nim jedzie jego czeski konkurent i wraca z bananem na twarzy z dokładnie takim samym wyjaśnieniem - ”tam wszyscy bez butów chodzą!”

Z „piractwem” jest dokładnie tak samo. Strach przed nim jest strachem przed konfrontacją z prawdziwą chęcią ludzi do zapłaty, wynikającą z autentycznego podziwu a nie tylko dobrej reklamy. Aktualnie branża przemysłowa zarabia na tym, że nakręca chęć trailerami i zapowiedziami, aby człowiek kupił, ale jak już kupi, to jego opinia jest mało ważna. Ma tylko nie zepsuć chęci innym (chociaż jak tak dalej pójdzie, to napisanie katastrofalnej recenzji może się wiązać z pozwem ze strony „urażonego” producenta). Zezwolenie na darmowy obrót sprawia, że to produkt musi być dobry, a nie jego zapowiedź. Człowiek, obejrzawszy taki film, ma być zachwycony i ma pragnąć mieć zajebiste pudełko z figurką, które postawi na honorowym miejscu i ze trzy plakaty. Tak naprawdę gdzieś po drodze ktoś zapomniał, że samo dzieło to nie jest produkt, ale reklama produktów pochodnych – pudełka, plakatu, miejsca w kinie, nośnika, itp. Człowiek, który jest naprawdę zachwycony, kupi piękną serię książek po tym, jak ją przeczytał w bibliotece. Po to, aby mieć. Ale to jest absolutnie nie w smak tym, co produkują masówkę, za którą nikt by nie zapłacił, gdyby autentycznie wiedział, za co płaci. Najbardziej typowym przykładem jest lansowanie jednego utworu, aby sprzedać płytę, która zawiera jedną słuchalną piosenkę i cała reszta zapychaczy.

Tak naprawdę jedyną rzeczą, w której autorzy potrzebują ochrony od organów ścigania, to przypadki, w których ich treść się podoba, przydaje i generuje zarobek, ale ten zarobek do nich nie trafia. To zakłada oczywiście używanie nielegalnych programów do produkcji komercyjnych, sprzedawanie nośników z dziełem bez licencji, itp. Tutaj rzeczywiście potrzeba rozwiązań prawnych, gdyż zysk nie zostałby wygenerowany bez powstania dzieła. Czy jednak tym zajmują się te wszystkie czteroliterowe skróty? Oczywiście, że nie, bo prawne rozwiązania tego już są i takich przypadków nie jest tak dużo, aby nie mógł się zająć nimi zwykły sąd. Czteroliterowe akty „ochrony praw autorskich” zajmują się tylko uchronieniem autorów przed cyfrowym rozpowszechnianiem ich dzieł. Tym najbardziej niegroźnym, bo zapewniającym darmową reklamę tym, co mają naprawdę coś fajnego do przekazania.

Jako więc autorka tego i owego, osoba, która teoretycznie ma być „chroniona” mówię jasne i stanowcze NIE. Rozwój kultury jest powiązany z szybkością przekazu informacji i, tym samym, jej segregacji. To, co jest robione, to tylko ochrona popularnej informacji, ale popularne wcale nie oznacza dobre. Konfrontacja z rzeczywistością boli, ale jest konieczna, jeżeli mamy autentycznie się rozwijać, a nie tylko utrzymywać wygodne ciepłym posadkom w zarządzie status quo.

„Zwierciadło i wrzeciono” – dla zainteresowanych czarownictwem

Kategorie: Technikalia,Wiedźma — Aili Mirage @ 20:08
Styczeń 19, 2012

Zaczęłam zbierać swoje teksty na temat czarownictwa, głównie w tradycyjnej, legendarno-niewiccańskiej formie, okraszone moim własnym komentarzem na temat tego czym wg mnie czarownictwo jest niejako „u źródła”. Napisałam tego tyle na różnych forach i w różnych dyskusjach, że uznałam, że szkoda, żeby się walało w tysiącu miejsc. Będę informować blogowo, jak pojawi się coś nowego. Na razie – zapraszam:

Techniczno-seksualnie

Kategorie: Technikalia — Aili Mirage @ 22:07
Listopad 15, 2011

Nie cierpię musieć się logować gdziekolwiek, żeby coś zrobić i staram się takich obostrzeń nie wprowadzać bez potrzeby. Niestety, z racji zalewu spamu musiałam wprowadzić logowanie do publikowania komentarzy. Na swoją obronę jednak powiem, iż zainstalowałam plugin przy pomocy którego można się logować przy pomocy dowolnego konta na dowolnym serwisie społecznościowym czy też przy pomocy konta na Googlu czy OpenID.

Mam nadzieję, że nie będzie zbyt uciążliwe.

A spammerom przesyłam ciepłe życzenia wielkiego, powiększonego meksykańską viagrą i przygotowanego tymi tysiącami pornosajtów, penisa w najmniej przyjemne miejsce.

No i oczywiście upraszam o przetestowanie, czy to działa.

Drobne poprawki

Kategorie: Technikalia — Aili Mirage @ 02:08
Wrzesień 28, 2011

Rozjaśniłam trochę szablon i dodałam faviconkę. Niedługo pojawi się trochę wiedźmowych artykułów, zrobiłam trochę porządków. Poza tym chyba zrobię kategorię kuchenną :D Trwa robienie porządków z fontami.

Older Posts »
Nie gryzę... za mocno.
GG1388754
ICQ3146911
Facebook
DeviantArt
Koniecznie napisz, skąd przyszedłeś.
Dostaję dużo spamu i łatwo zostać tak zakwalfikowanym.